Śnieg. Po horyzont i za horyzont,
tylko i wyłącznie śnieg. Mroźne pustkowie, pełne białych wydm,
które co jakiś czas się przesypywały dalej i dalej z każdym
potężniejszym podmuchem wiatru. Pojedyncze płatki migotały cały
czas, niczym lustra odbijając światła, które wędrowały
bezustannie po niebie. Pierwszy raz od dawna chmury opuściły ten
teren i pozwoliły zorzom rozbłysnąć w ciemnościach, które były
tu od dawna i nie zamierzały zbyt szybko odchodzić. Był to bowiem
sam środek nocy polarnej, która była tutaj wyjątkowo długa.
Wystarczająco długa, by wielu zadawało sobie pytanie o to, jak to
właściwie możliwe, że cokolwiek tutaj jest w stanie przetrwać?
Oprócz ciemności zdecydowanie od razu dawała o sobie znać
temperatura, która nie była wielce przesadzona, jednak mało kto
tutaj wytrzymywał. Nie była to planeta, która sprzyjałaby
rozwojowi turystyki, oj nie. Była to po prostu jedna gigantyczna
pustynia, która zamiast piachu miała zapewne pięćdziesięcio
metrową warstwę śniegu, spoczywającą na bardzo grubym lodzie.
Jak można się domyślać, gdzie lód tam i woda, a gdzie woda tam i
często pojawia się życie. Gzieniegdzie w białym puchu można było
znaleźć świeże, bądź już przysypane z lekka dziury, prowadzące
do sieci tuneli głęboko pod śniegiem. Korytarze te zdawały się
nie mieć końca ani początku, jakby były dosłownie na powierzchni
całej planety. Czasem jedne prowadziły w górę, a inne w dół,
wprost do wyrw w lodzie, które ktoś lub coś wydrążyło i
widocznie często o takowe dbało. Lecz nie tylko pod tą białą
czapą coś się kryło, pod gołym niebem również można było
wypatrzeć życie. Chociażby tuż pod powierzchnią śniegu kryły
się całkiem pokaźnych rozmiarów stworzenia podobne do pancernych
owadów, a tuż nad ich łebkami krążyły trochę większe latające
istoty o dwóch parach skrzydeł. Te dwa gatunki potrzebowały siebie
wzajemnie by przetrwać i zapewnić też byt temu, co właśnie
wyskoczyło z jednej z tych dużych dziur w śniegu. Dwa stworzenia;
jedno mniejsze, które przebiegło kilka metrów i się przewróciło,
oraz drugie identyczne lecz większe, stojące dumnie przy wejściu
do jamy. Zwierzaki wyglądały bardzo podobnie, oba miały bardzo
gęstą sierść, same w sobie były dość masywne szczególnie w
przedniej części ciał. Były niczym coś niedźwiedziowatego
połączonego z kotowatym, w bardzo dużym uproszczeniu tego opisu
rzecz jasna. Długi ogon zakończony dłuższymi włosami, co
wyglądało nieco jak giętki pędzel, długie skierowane w tył
uszy, pokaźna grzywa z lekka jakby świecąca identycznie jak zorze
na niebie, oraz dziwne szpary po bokach ciał. To budowało wygląd
całej tej dość majestatyczniej istoty, która tutaj królowała.
Mimo tych wszystkich rzeczy, coś jednak wyraźnie odróżniało od
siebie te 2 okazy, które teraz stały naprzeciwko siebie. Kiedy duży
samiec był śnieżnobiały wraz z grzywą, która barwami
przypominała kolory świateł na nocnym niebie, mniejszy był
bardziej widoczny na tle pustkowia. Jego sierść była szara, a
grzywa mieniła się od granatu, przez fiolet, aż do różu. Mały i
zapewne młodszy samiec stał tak dzielnie napuszony, jakby rzucając
wyzwanie temu, który najwidoczniej go wypędził z nory. Ryki i
posykiwania ze strony obu coraz bardziej się nasilały i nabierały
bardziej agresywnego tonu. Gdy szarak powoli bardziej się zbliżał
do jamy w śniegu, większy ciągle szarżował na niego i cofał
się, próbując odstraszyć gagatka, który nie dawał tak łatwo za
wygraną. Z każdą chwilą nabierał śmiałości i zaczynał
podbiegać do wejścia, raz po raz dostając potężną białą łapą
po łbie. Taka zabawa w podchody trwała naprawdę bardzo długo
przez to, że mały nie chciał ciągle odpuścić. Obaj unikali
bezpośredniego starcia, jednak z każdą kolejną godziną tracili
cierpliwość do siebie wzajemnie. Mniejszy samiec podbiegał z
różnych stron, próbował przeskoczyć nad oponentem, albo
prześlizgnąć się między jego łapami, ale wszystko zawodziło, a
karcenie robiło się coraz bardziej brutalne. To już nie były
uderzenia łapą czy ryknięcia, powoli większy zaczynał używać
pazurów oraz kłów, a te były naprawdę imponującej wielkości,
jednak nadal nie była to walka. Widać było, że biały nie miał
jeszcze na celu poważnego skrzywdzenia swojego młodszego
przeciwnika, mimo wielu okazji. Jednak z każdym ukąszeniem, które
do delikatnych nie należało, rozlegały się ryki i wrzaski, jakby
co najmniej jeden drugiego już rozszarpywał na strzępy. Sprawiało
to, że nawet latające stwory, które lądowały w pobliżu by
obserwować, podbijały się na chwilę górę w popłochu i szybko
opadały znów na biały puch, przypatrując się temu widowisku. W
końcu i z pobliskich jam zaczęły wyglądać inne białe zwierzęta
podobne do tych, które teraz się droczyły od wielu godzin.
Właśnie, wszystkie inne również były białe, żaden nie był
ciemniejszy. Młodszy samiec zauważył to po pewnym czasie, zauważył
ile oczu jest na niego skierowane. Podjął jednak ostatnią próbę
dostania się z powrotem do swojego rodzinnego podziemia. Nie
spodziewał się jednak, że strażnik nory w tej właśnie chwili
straci resztkę cierpliwości i rzuci się na szaraka całą swoją
siłą. Obaj zaczęli nagle się wzajemnie gryźć oraz szarpać,
jakby jeden drugiemu chciał wypruć wszystkie wnętrzności. Mały
był bez porównania szybszy, lecz słabszy i prawie bezbronny w
starciu z siłą dorosłego doświadczonego samca. Z początku nawet
udawało mu się zadawać obrażenia, ale szybko stracił wiele sił
i stał się zwykłym kawałkiem mięsa, którym można było bez
problemu rzucać, a biały wcale nie miał zamiaru już okazać
litości. Wszystkie inne zwierzęta wkoło patrzyły na
przedstawienie, które szybko zaczęło się zmieniać w krwawą
jatkę. Fioletowa ciecz zaczynała pokrywać coraz większą
powierzchnię okolicznego śniegu, a ryki i warknięcia coraz to
bardziej cichły. Nagle szarak opadł na grunt i już się nie
podniósł, oddychał, ale bardzo słabo. Ogromne rany na jego szyi i
brzuchu nie pozwoliły mu się już poruszać, a jedynie leżeć w
tej kałuży krwi. Duży samiec ubrudzony fioletem wydał z siebie
triumfalny i dość przeraźliwy ryk, a następnie zbliżył się do
pokonanego i otworzył pysk, jakby chciał przystąpić do jedzenia
jeszcze żywego wroga. Już miał nastąpić ostateczny koniec tego
konfliktu, kiedy nagle spod ogromnej śnieżnej zaspy nieopodal
rozległ się dziwny i niespotykany tutaj dźwięk. Jakby zgrzyt
stali, gdy coś pod śniegiem się poruszyło oraz ambientowy sygnał,
jakby coś się uruchamiało, coś bardzo obcego dla tutejszego
świata. Wszystkie zwierzęta skierowały swoją uwagę na źródło
dźwięku i zamarły na chwilę w oczekiwaniu na jakiś kolejny
dźwięk. Dłuższą chwilę ciszy przerwało kilka typowo
mechanicznych kliknięć, a następnie pod śniegiem coś się zaczęło
miejscami błyszczeć i świecić coraz mocniej. Nagle to co było
ukryte pod białym puchem podniosło się i ujawniło swoją
ogromną postać w stalowym pancerzu. Wszystkie stworzenia nagle
rzuciły się do ucieczki, jedno stado ukryło się w głębokich
jamach, a drugie pospiesznie wzbiło się w bezpieczne przestworza.
Duży mechaniczny twór pozostał teraz pod gołym niebem sam na sam
z konającym szarakiem. Głowa podobna do wyświetlacza o kształcie
prostego prostokątnego pyska była skierowana na małe stworzonko,
jakby rozumnie patrząc na zwierze leżące z własnymi, jeszcze
ciepłymi, wnętrznościami na wierzchu. Maszyna była wyraźnie
uszkodzona w wielu miejscach i to dość poważnie, brak jej było
sporych ilości pancerza i nawet jednej z kończyn. Obie te istoty
łączył fakt, że powoli umierały, jedno przez odniesione rany, a
drugie przez liczne przeciążenia i uciekającą energię. Gdy
olbrzym zbliżył swój łeb bardziej do zwierzaka, ujrzał jak łapie
on ostatni oddech i opuszcza ten świat na dobre. Nie trwało to
długo, a w tej dziwnej głowie coś ewidentnie się działo,
zachodziły jakieś procesy. Maszyna doskonale wiedziała, że to
małe martwe ciało, przyda się jej i zapewni to, czego właśnie
teraz najbardziej potrzebuje.