niedziela, 29 września 2019

Planeta wiecznego mrozu (wprowadzenie)

Śnieg. Po horyzont i za horyzont, tylko i wyłącznie śnieg. Mroźne pustkowie, pełne białych wydm, które co jakiś czas się przesypywały dalej i dalej z każdym potężniejszym podmuchem wiatru. Pojedyncze płatki migotały cały czas, niczym lustra odbijając światła, które wędrowały bezustannie po niebie. Pierwszy raz od dawna chmury opuściły ten teren i pozwoliły zorzom rozbłysnąć w ciemnościach, które były tu od dawna i nie zamierzały zbyt szybko odchodzić. Był to bowiem sam środek nocy polarnej, która była tutaj wyjątkowo długa. Wystarczająco długa, by wielu zadawało sobie pytanie o to, jak to właściwie możliwe, że cokolwiek tutaj jest w stanie przetrwać? Oprócz ciemności zdecydowanie od razu dawała o sobie znać temperatura, która nie była wielce przesadzona, jednak mało kto tutaj wytrzymywał. Nie była to planeta, która sprzyjałaby rozwojowi turystyki, oj nie. Była to po prostu jedna gigantyczna pustynia, która zamiast piachu miała zapewne pięćdziesięcio metrową warstwę śniegu, spoczywającą na bardzo grubym lodzie. Jak można się domyślać, gdzie lód tam i woda, a gdzie woda tam i często pojawia się życie. Gzieniegdzie w białym puchu można było znaleźć świeże, bądź już przysypane z lekka dziury, prowadzące do sieci tuneli głęboko pod śniegiem. Korytarze te zdawały się nie mieć końca ani początku, jakby były dosłownie na powierzchni całej planety. Czasem jedne prowadziły w górę, a inne w dół, wprost do wyrw w lodzie, które ktoś lub coś wydrążyło i widocznie często o takowe dbało. Lecz nie tylko pod tą białą czapą coś się kryło, pod gołym niebem również można było wypatrzeć życie. Chociażby tuż pod powierzchnią śniegu kryły się całkiem pokaźnych rozmiarów stworzenia podobne do pancernych owadów, a tuż nad ich łebkami krążyły trochę większe latające istoty o dwóch parach skrzydeł. Te dwa gatunki potrzebowały siebie wzajemnie by przetrwać i zapewnić też byt temu, co właśnie wyskoczyło z jednej z tych dużych dziur w śniegu. Dwa stworzenia; jedno mniejsze, które przebiegło kilka metrów i się przewróciło, oraz drugie identyczne lecz większe, stojące dumnie przy wejściu do jamy. Zwierzaki wyglądały bardzo podobnie, oba miały bardzo gęstą sierść, same w sobie były dość masywne szczególnie w przedniej części ciał. Były niczym coś niedźwiedziowatego połączonego z kotowatym, w bardzo dużym uproszczeniu tego opisu rzecz jasna. Długi ogon zakończony dłuższymi włosami, co wyglądało nieco jak giętki pędzel, długie skierowane w tył uszy, pokaźna grzywa z lekka jakby świecąca identycznie jak zorze na niebie, oraz dziwne szpary po bokach ciał. To budowało wygląd całej tej dość majestatyczniej istoty, która tutaj królowała. Mimo tych wszystkich rzeczy, coś jednak wyraźnie odróżniało od siebie te 2 okazy, które teraz stały naprzeciwko siebie. Kiedy duży samiec był śnieżnobiały wraz z grzywą, która barwami przypominała kolory świateł na nocnym niebie, mniejszy był bardziej widoczny na tle pustkowia. Jego sierść była szara, a grzywa mieniła się od granatu, przez fiolet, aż do różu. Mały i zapewne młodszy samiec stał tak dzielnie napuszony, jakby rzucając wyzwanie temu, który najwidoczniej go wypędził z nory. Ryki i posykiwania ze strony obu coraz bardziej się nasilały i nabierały bardziej agresywnego tonu. Gdy szarak powoli bardziej się zbliżał do jamy w śniegu, większy ciągle szarżował na niego i cofał się, próbując odstraszyć gagatka, który nie dawał tak łatwo za wygraną. Z każdą chwilą nabierał śmiałości i zaczynał podbiegać do wejścia, raz po raz dostając potężną białą łapą po łbie. Taka zabawa w podchody trwała naprawdę bardzo długo przez to, że mały nie chciał ciągle odpuścić. Obaj unikali bezpośredniego starcia, jednak z każdą kolejną godziną tracili cierpliwość do siebie wzajemnie. Mniejszy samiec podbiegał z różnych stron, próbował przeskoczyć nad oponentem, albo prześlizgnąć się między jego łapami, ale wszystko zawodziło, a karcenie robiło się coraz bardziej brutalne. To już nie były uderzenia łapą czy ryknięcia, powoli większy zaczynał używać pazurów oraz kłów, a te były naprawdę imponującej wielkości, jednak nadal nie była to walka. Widać było, że biały nie miał jeszcze na celu poważnego skrzywdzenia swojego młodszego przeciwnika, mimo wielu okazji. Jednak z każdym ukąszeniem, które do delikatnych nie należało, rozlegały się ryki i wrzaski, jakby co najmniej jeden drugiego już rozszarpywał na strzępy. Sprawiało to, że nawet latające stwory, które lądowały w pobliżu by obserwować, podbijały się na chwilę górę w popłochu i szybko opadały znów na biały puch, przypatrując się temu widowisku. W końcu i z pobliskich jam zaczęły wyglądać inne białe zwierzęta podobne do tych, które teraz się droczyły od wielu godzin. Właśnie, wszystkie inne również były białe, żaden nie był ciemniejszy. Młodszy samiec zauważył to po pewnym czasie, zauważył ile oczu jest na niego skierowane. Podjął jednak ostatnią próbę dostania się z powrotem do swojego rodzinnego podziemia. Nie spodziewał się jednak, że strażnik nory w tej właśnie chwili straci resztkę cierpliwości i rzuci się na szaraka całą swoją siłą. Obaj zaczęli nagle się wzajemnie gryźć oraz szarpać, jakby jeden drugiemu chciał wypruć wszystkie wnętrzności. Mały był bez porównania szybszy, lecz słabszy i prawie bezbronny w starciu z siłą dorosłego doświadczonego samca. Z początku nawet udawało mu się zadawać obrażenia, ale szybko stracił wiele sił i stał się zwykłym kawałkiem mięsa, którym można było bez problemu rzucać, a biały wcale nie miał zamiaru już okazać litości. Wszystkie inne zwierzęta wkoło patrzyły na przedstawienie, które szybko zaczęło się zmieniać w krwawą jatkę. Fioletowa ciecz zaczynała pokrywać coraz większą powierzchnię okolicznego śniegu, a ryki i warknięcia coraz to bardziej cichły. Nagle szarak opadł na grunt i już się nie podniósł, oddychał, ale bardzo słabo. Ogromne rany na jego szyi i brzuchu nie pozwoliły mu się już poruszać, a jedynie leżeć w tej kałuży krwi. Duży samiec ubrudzony fioletem wydał z siebie triumfalny i dość przeraźliwy ryk, a następnie zbliżył się do pokonanego i otworzył pysk, jakby chciał przystąpić do jedzenia jeszcze żywego wroga. Już miał nastąpić ostateczny koniec tego konfliktu, kiedy nagle spod ogromnej śnieżnej zaspy nieopodal rozległ się dziwny i niespotykany tutaj dźwięk. Jakby zgrzyt stali, gdy coś pod śniegiem się poruszyło oraz ambientowy sygnał, jakby coś się uruchamiało, coś bardzo obcego dla tutejszego świata. Wszystkie zwierzęta skierowały swoją uwagę na źródło dźwięku i zamarły na chwilę w oczekiwaniu na jakiś kolejny dźwięk. Dłuższą chwilę ciszy przerwało kilka typowo mechanicznych kliknięć, a następnie pod śniegiem coś się zaczęło miejscami błyszczeć i świecić coraz mocniej. Nagle to co było ukryte pod białym puchem podniosło się i ujawniło swoją ogromną postać w stalowym pancerzu. Wszystkie stworzenia nagle rzuciły się do ucieczki, jedno stado ukryło się w głębokich jamach, a drugie pospiesznie wzbiło się w bezpieczne przestworza. Duży mechaniczny twór pozostał teraz pod gołym niebem sam na sam z konającym szarakiem. Głowa podobna do wyświetlacza o kształcie prostego prostokątnego pyska była skierowana na małe stworzonko, jakby rozumnie patrząc na zwierze leżące z własnymi, jeszcze ciepłymi, wnętrznościami na wierzchu. Maszyna była wyraźnie uszkodzona w wielu miejscach i to dość poważnie, brak jej było sporych ilości pancerza i nawet jednej z kończyn. Obie te istoty łączył fakt, że powoli umierały, jedno przez odniesione rany, a drugie przez liczne przeciążenia i uciekającą energię. Gdy olbrzym zbliżył swój łeb bardziej do zwierzaka, ujrzał jak łapie on ostatni oddech i opuszcza ten świat na dobre. Nie trwało to długo, a w tej dziwnej głowie coś ewidentnie się działo, zachodziły jakieś procesy. Maszyna doskonale wiedziała, że to małe martwe ciało, przyda się jej i zapewni to, czego właśnie teraz najbardziej potrzebuje.

1 komentarz: